18 maja, 6 rano, niedziela. NIEDZIELA. Jakieś drobne palce otwierają mi oczy, jak przez mgłę widzę mojego młodszego syna, który z miną spaniela prosi o bajkę. Że też mu się chce ( ha! Już zapomniałam jak 10 lat temu sama wstawałam tak rano w weekend, żeby obejrzeć "dzień dobry TVN"...). Błagam o jeszcze pięć minut, w duchu modląc się, by jeszcze zasnął. Zamiast tego Staś zaczyna przemawiać do mnie coraz głośniej, więc wolę sama wstać, niż żeby wstał Antek. Powłócząc nogami prowadzę go do salonu, włączam bajkę i z prędkością światła wracam do łóżka. Ledwo przykrywam się kołdrą, słyszę dźwięki, które identyfikuję jako: "mamoooo przełącz!!!" i w tej chwili nie potrafię opisać, co czuję, zwłaszcza, jeżeli mam nie używać wulgaryzmów. Moje rozdrażnienie potęguje głośne posapywanie i chrapanie mojego męża. Wstaję, przełączam, znowu modląc się, by wszystkie te odgłosy nie obudziły Antka. Mimo wszystko, postanawiam mieć dobry humor, robię kawę i poranny przegląd facebooka. W uszach piszczy cisza, przerwana od czasu do czasu donośnymi odpowiedziami Stasia na pytania interaktywnej Dory, która poznaje świat. Jest na prawdę wspaniale. Dom jest posprzątany, za oknem świeci słońce, kawa pachnie a internet nadal działa. Ubieram się w dżinsy i koszulę ( co jest o tyle niezwykłe, że niespotykane u mnie przed godziną 8, zwłaszcza w niedzielę). Zaczynam przygotowywać śniadanie, które planuję spożyć przy stole w salonie, wraz z moim mężem i dziećmi, w radosnej, beztroskiej, weekendowej atmosferze. Jestem w tak dobrym humorze, że donośnym głosem witam mojego starszego syna, wychodzącego z sypialni. "Dzień dobry synku, jak spałeś?", pytam i nagle pojawia się rysa na moim idealnym poranku, rodem z telewizji śniadaniowej: zamiast dzień dobry mamusiu, słyszę "maaaaaaaamoooooo zdejmij mi bluuuuuuuzęęęęęę", a zaraz potem zaczynam poranny serwis: ciepłe mleko dla Antka, kanapka ze świnią dla Stasia, ciepłe mleko dla Antka w wysokiej szklance z Ikei, kółka z ogórka dla Stasia, ciepłe mleko w wysokiej szklance dla Antka podane w towarzystwie kocyka i kanapki z dżemem, druga kawa dla mnie, zmiana garderoby zalanej mlekiem, kolejna kanapka dla Stasia, trzecia kawa dla mnie, bo druga już wystygła, talerze na stół, talerze ze stołu, bo zanim podam jajecznicę, to mogą w niewytłumaczalny sposób spaść na podłogę, herbatka w dzbanek, jajka na patelnię. Budzę męża po raz pierwszy, rozwiązuję spór o klocki, podejmuję nierówną walkę z kominkiem (zimny maj...), budzę męża po raz drugi, w ostatniej chwili ratuję grzanki, kroję pomidory, nakrywam do stołu, rozwiązuję spór o wóz strażacki, zdejmuję ze stołu kota, który żre masło, budzę męża po raz trzeci, znosząc w ciszy jego kiepski humor ( kto w niedzielę wstaje przed 10, no kto?!), sadzam dzieci przy stole, w ostatniej chwili ratuję jajecznicę, znowu sadzam dzieci przy stole i podaję im płatki z mlekiem, postanawiam nie budzić męża po raz czwarty ( zanim wstanie, wszystko wystygnie a ja zdechnę z głodu), siadam przy stole i myślę: kurwa, jeszcze szczypiorek....
Mój dobru humor prysł jak bańka mydlana, albo, będąc w bardziej swojskim klimacie- zaginął, jak skarpety w praniu. Rozdrażniona zmieniam zabrudzone pomidorem jeansy na stare dobre dresy, modląc się o łaskę nieprzejmowania się pierdołami. Cóż, daleko mi do Małgorzaty Rozenek, ale przynajmniej będzie mi wygodnie. Na podłodze są już klocki, resztki jajecznicy, okruchy chleba, kilka płatków kukurydzianych, książka z obdartą okładką, dwa różne buty i widelec. W tym oto momencie wstaje mój mąż i mówi: o a ty znowu w dresie, chociaż w niedzielę mogłabyś się ubrać, a tak w ogóle to co to za burdel..?
MODLĘ SIĘ, żeby go nie zabić. Ot sielanka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz