sobota, 5 stycznia 2013

Krótka historia o Mamie, Tacie i Chłpcach

Po długiej przerwie tak trudno zacząć znowu. Jeździć na rowerze, biegać, malować się, pisać. Pisać szczególnie, bo widzę już początki wtórnego upośledzenia ortograficznego oraz, co gorsze, zanik weny i polotu, który był mi kiedyś przypisywany. Długopis w rękach trzymałam ostatnio przy okazji wypełniania deklaracji u lekarza rodzinnego a potem już tylko kredki...
Cóż, moje życie się zmieniło. Mam teraz pod wyłączną opieką dwóch małych Chłopców i moim głównym zadaniem jest pokazanie im, że świat jest piękny. Niech dobrze wystartują, potem będzie już z górki, w końcu najgorsze jest te pierwsze osiemnaście lat...
Nie mam w zwyczaju urządzać szopek w postaci postanowień (urodzinowych, noworocznych, kończących i zaczynających jednocześnie jakieś etapy w życiu), ale sądzę, że mogę zrobić wyjątek. Kilka razy wprawdzie próbowałam obiecywać sobie coś 1 stycznia, ale nigdy, przenigdy nie udało mi się tego dotrzymać... Kilogramów gubić nie muszę, a pracę nad ciemną stroną mojego charakteru prowadzę od dawna. Póki co, nie widać oszałamiających efektów, ale przecież intencje też się liczą. Dlatego zamiast stawiać sobie cele nie do zrealizowania, postanawiam kupić sobie w tym roku coś ładnego i wrócić do pisania. Postawiłam na krzywe zwierciadło, prześmiewczy ton oraz, od czasu do czasu, jakieś łzawe przedstawienie okraszone dużą dawką ironii. Skoro już muszę być "dzielna" to się chociaż pośmieję, wtedy wszystko staje się bardziej znośne. 
2015 to rok, w którym moi Synowie skończą 4 i 5 lat. Ja kończę 29 a mój maż 32 + 6 rocznica ślubu. Cukrowa, jak podają źródła.
Miała być krótka historia o Mamie, Tacie i Chłopcach, ale krótka nie będzie. Mamy za sobą 8 lat dobrej i złej pogody, dwie Iskry, które zmieniły nasze życie i mnóstwo rzeczy do opisania na bieżąco. To raczej neverending story, tylko bohaterowie się zmieniają. Najpierw tylko my, potem Antoś i Staś, psy, koty, domy, samochody. Dzieci rosną, szybko i niepostrzeżenie. Jak mawiają, "dziś ćwierć wieku, jutro pół".

2015. Bądź niesamowity






wtorek, 1 stycznia 2013

na dobry początek



Stało się. Ogarnęła mnie nieodparta chęć uporządkowania moich myśli i spostrzeżeń, których rejestr prowadzę już ponad 5 lat. Jedyne, co mnie powstrzymywało, to nieustanny brak czasu, ale zgodnie z tytułem, jeśli nie teraz, to nigdy. Nadal brakuje mi czasu, ale szkoda mi historii, wydarzeń, osiągnięć moich Synów, by pozostawić je wyłącznie zawodnej pamięci.

Przed przeniesieniem moich wynurzeń na względnie bezpieczny grunt sieci powstrzymywał mnie też komunikat: niestety, ta nazwa bloga jest zajęta. Bezlitosne zdanie uświadamiające mi, że wcale nie jestem tak kreatywna, jak zdarza mi się czasem o sobie myśleć.

Niemniej jednak udało się trafić na wolną nazwę, może niezbyt wybitną, ale moją i e dodatku mającą swój ukryty sens:) Według wartości, w których zostałam wychowana " wczoraj do ciebie nie należy, jutro jest niepewne, tylko dziś jest twoje". Dlatego DZIŚ nie ma obiadu, prania, sprzątania, a ja siedzę z komputerem na kolanach pomiędzy rozrzuconymi klockami lego a chodnikiem z książek. Przeczesuję dysk w poszukiwaniu notatek i głowię się nad wyborem, które z nich umieścić tutaj, bez szkody dla życia osobistego zarówno mojego, jak i osób, które opisuję. No cóż, wszystkim się nie dogodzi, choć wszystkich wkurzyć to już żaden problem. Skupię się zatem na krótkim streszczeniu znaczących wydarzeń z mojej/naszej przeszłości i liczę, że uda mi się zapisywać wszystko na bieżąco.

Uczciwie będzie, jeśli powiem, że nie pretenduję do miana blogerki i trudno mi określić, co tu będzie, a czego nie. Idę drogą, której nie znam, nie wiem, co przyniesie życie.

Może uznasz, Drogi Czytelniku, jeśli się kiedykolwiek pojawisz, że uciekam i będziesz mieć rację. Chcę w tym całym ferworze mieć coś tylko dla siebie, jak sypialnia na którą ciągle czekam, jak godzina w łazience bez małych rąk pukających w szybę, jak coraz rzadszy wieczorny papieros przed domem. Nie chcę się zastanawiać, czy to, co napiszę będzie banalne, źle odebrane bądź nieprzyzwoite. Chcesz, krytykuj, byle konstrukcyjnie. Nie szukam desperacko Twojej uwagi, jeśli już dostaniesz ten adres, to dlatego, że chcę, byś mnie poznał/a.

Mieszkając na podmiejskich włościach, czy, jak kto woli, na wyjątkowym zadupiu, tracę szansę na bliskie spotkania trzeciego stopnia ze wszystkimi, którzy są/byli/będą dla mnie ważni. Zwłaszcza zimą. Latem ciągną tu tłumy, a jakże! Latem nie mogę się doprosić o weekend tylko dla nas, zakrzykuje mnie młodsza i starsza młodzież podczas grillowania, opalania, niekończących się prac remontowo- porządkowych. Lato tego roku zapewne nie będzie inne, będę zrywana skoro świt, śniadanie jadła do samego południa i cały boży dzień biegała za Najbardziej Energicznymi Chłopcami Świata, którzy tego lata będą aktywni, jak nigdy dotąd. A wieczorami...będą goście, dużo gości, będę dla nich gotowała i będziemy pić różowe wino w altanie oświetlonej latarenkami. Dodam, że do zakupu latarenek zbieram się już trzeci rok.

Wymyśliłam sobie pisanie, żeby w tym biegu, w którym wystartowałam dobrowolnie i bez żadnego przymusu, nie stracić wrażliwości, zapobiec zjawisku wtórnego analfabetyzmu i jakoś przetrwać trudne czasy. Moja prababcia mawiała, żeby nie przywiązywać się do miejsc, dat a tym bardziej do ludzi. Z datami jeszcze jakoś sobie radzę, ale do ludzi i miejsc mam słabość. Nie jestem typem samotnika, potrzebuję rozmowy, relacji. Lubię też otaczać się pięknem. Trudne to, przy Małych Ludziach i przy tym Starszym, pracującym dużo i ciężko i niekoniecznie w garniturze. Próbuję jednak, na przekór wszystkiemu, szukam przyjemności w układaniu małych koszulek, sadzę kwiaty i zioła (schną, cholery!) śpiewam, opowiadam Chłopcom bajki, fotografuję, gotuję, ba! nawet piekę- mimo bezlitosnej krytyki, a czasem wręcz prześladowania ze strony mojego Męża.